Każdy kto ma bloga chyba o tym kiedyś napisał notkę. Albo przynajmniej wspomniał. Jak mu szybko zleciał weekend.
Przemijalność weekendów jest powszechnie znanym problemem. Większość osób wydaje się z nim pogodzona. Ja nie. Zamierzam coś z tym zrobić.
Właściwie nie ma zbyt wielu opcji do wyboru, odpada wynalezienie urządzenia zatrzymującego czas, bo to brzmi zbyt skomplikowanie i nierealistycznie. Ustawowo weekendu się przedłużyć chyba za bardzo też nie da, bo w obecnej sytuacji ekonomicznej raczej stanie się odwrotnie.
Pozostaje przedłużyć sobie weekend samemu. Możnaby to zrobić wirtualnie, na przykład obijając się w pracy w piątek i poniedziałek. Ale to i tak już przecież robimy, a dzień spowolniony to jednak nie to samo co dzień wolny.
Wygląda na to, że jednym z najprostszych (o ile to można nazwać prostym) i najbardziej realistycznym ze sposobów na osiągnięcie tego celu jest zrobienie sobie wolnego samemu. I najlepiej byłoby to zrobić poprzez skrócenie czasu pracy, na przykład z wtorku do czwartku. Trzy dni pracy, cztery dni wolnego. Brzmi sprawiedliwie, nie?
Czy ja jestem po prostu strasznie leniwy, czy to naturalne, żeby dążyć do tego żeby pracować mniej? Hehe.